Walka o duszę Gronkiewicz-Waltz

wto, 15 lip 2014, 13:12:03

Autor: Jacek Lehr

Prezydent Warszawy wiedziała, jaką ideologię symbolizuje tęcza na placu Zbawiciela, ale nie dała patronatu paradzie równości. Sądzi, że uda się jej odpalić za jednym zamachem świeczkę Kościołowi i ogarek Kongresowi Kobiet.

Nie od parady panią Hannę brzydko przezwano bufetową. To synonim przebiegłej i twardej w rozgrywkach kobiety PRL-u. Przed burzą rozpętaną rękami ministra Arłukowicza i ludzi lewicy schroniła się w ideologicznych objęciach feministek. Żadne tam kwestie dyscyplinarne. Z dostarczonej dokumentacji oraz konstytucyjnych interpretacji wynika, że adwokaci Chazana skutecznie oddalą wszelkie zarzuty nasłanych przez lewicę kontrolerów – ignorantów.

Ratusz może zasłaniać się najgłupszymi przepisami i wynikami kontroli, ale jedno nie podlega żadnym interpretacjom: doprowadzenie do urodzenia dziecka postępuje z troską o jakość życia całej diady: matka – dziecko.

Współczucie aborcjonistów dla matki, która z wielu szpitali wybrała akurat ten, gdzie nie dokonuje się aborcji to czystej postaci demagogia dorównująca dobijaniu Sikorskiego za parę szczerych słów o sojuszu z dalekim przyjacielem i konflikcie z bliskim sąsiadem.

Powierzchowność Gronkiewicz-Waltz esencjalizuje się w krótkich częstotliwościach ontycznych, czyli w niedostrzeganiu złożoności zjawisk, ich banalizowaniu i lekceważeniu.

Pani Hanna nie wierzy doświadczonemu lekarzowi, który mówi, że urodzenie dziecka jest mniejszą traumą, niż jego zabicie ("urodzenie chorego dziecka nie może stanowić dla kobiety znacząco większe niebezpieczeństwo niż poród dziecka zdrowego"). Utraciła wrażliwość na drugiego człowieka – odczytuje ją na przykład "Odnowa w Duchu świętym", z której wyrosła. A w rzędzie zjawisk, które już nie wychwytuje stoi nie tylko wartość życia istotniejsza niż choroba czy niepełnosprawność. 

Waltz jest nieczuła na tożsamość mężczyzn ranioną przez gejowską tęczę, także na uczucia wierzących przez tę tęczę prowokowanych, nie ceni dojrzewania młodych ludzi do trwałych związków, bo gubi ich pseudoedukacją seksualną, nie przeraża jej zahamowanie dzieci po rozwodzie rodziców. Jej koleżanki z ruchu feministycznego mówią: lepiej dziecku będzie bez ojca, nie zaszkodzi dziecku wiedza o prezerwatywie, lepiej żeby dziecka nie było, niż żeby cierpiało. Mówią głośno i agresywnie, a konformizm ma to do siebie, że do takich właśnie opinii głośnych i agresywnych chętnie się dostosowuje.

Utratę wrażliwości i towarzyszącą tej wrażliwości dozę wahania i wątpienia kompensuje wizerunkiem twardej i konsekwentnej decydentki. Doskonale odnalazła się w realiach politycznej poprawności i bierze stronę silniejszych. Czy to właściwa droga polityki, jako przestrzeni współpracy i dialogu społeznego?

Wahamy się między prawem kobiet  do wydawania wyroków śmierci na własne potomstwo a prawem ich dzieci do życia (feministki faktycznie tupią nóżkami za prawem mężczyzn do odmowy wsparcia partnerek).

Pogadanki edukatorów seksualnych różnego szczebla - także takiego, na którym wysiaduje złote felietony Środa - o zdeformowanych potworkach albo narracje przeciwników aborcji wymachujących fotografiami rozczłonkowanych szczątek falują wyobraźnią.

"Rozrywanie we wnętrznościach matki małej istoty" przeraża nie mniej, niż bezmózgi potworek – poczęty in vitro (gol do bramki Arłukowicza; teraz rodzice zastanowią się kilka razy przed podjęciem decyzji o zapłodnieniu pozaustrojowym).

– Lepiej żeby sobie takie dziecko dogorywało na szpitalnej sali, niż narażało płodność i integralność psychiczną kobiety – twierdzi część środowiska medycznego. "Gdy matka urodziła bez uszczerbku dla zdrowia, abortować mogłaby ze szkodą dla swojego organizmu. Ciało kobiety zorganizowane jest dla narodzin, a nie dla eksterminacyjnych ingerencji". O ginekologii jako gałęzi medycyny można powiedzieć to samo: jest nauką dla ratowania dzieci a nie inkubatorem, w którym odnajdą śmierć.

Nadszedł czas aborterów. Jutro możemy się obudzić w świecie narracji Matki Teresy. "Aborcja jest w rzeczywistości wojną przeciwko dziecku, a ja nienawidzę zabijania niewinnego dziecka, mordowanego bezpośrednio przez swoją matkę" – przekonywała zakonnica.

Słusznie pisze Dominika Wielowiejska, że karanie Chazana otwiera nowy front wojny kulturowej. Nie o to chodziło pani Hannie, ale z całej sprawy Chazana niedorzecznie rozwiązanej przez Ratusz tylko kulturowa wojna okaże się najbardziej trwałym efektem.

 

 Marcin Stanowiec

Komentarze (0)


Kosciol.pl
http://www.kosciol.pl/article.php/20140715131203933