Utracona cześć Kaji Godek. Samonienawiść red. Tomasza Terlikowskiego

pią, 29 sty 2021, 03:22:54

Autor: Marcin Stanowiec

W pejzaż neoliberalny jest wmalowane samooszukiwanie się. Syndrom zniekształcenia poznawczego dopadł występującego w mediach, w roli katolickiego celebryty, Tomasza Terlikowskiego.

W pejzaż neoliberalny jest wmalowane samooszukiwanie się. Syndrom zniekształcenia poznawczego dopadł występującego w mediach, w roli katolickiego celebryty, Tomasza Terlikowskiego. Dziennikarz zaprezentował swoje nowe podejście do demokracji socjolożce z "Kultury Liberalnej", Karolinie Wigurze. Sąd, który wydaje, jest niechrześcijański o tyle, o ile liberalizm i towarzyszący mu współcześnie neomarksizm wchodzą w konflikt z realistyczną (bazującą na kompletnych, niewybrakowanych i niesprzecznych definicjach, min. prawnych i politykach społecznych kierowanych na dobro osoby i rodziny) etyką społeczną. Dziennikarz zaskakuje predylekcją do wykluczania.

Wywiad z Tomaszem Terlikowskim nosi tytuł "Bez wiary w zmartwychwstanie chrześcijaństwo jest tylko jednym z wielu światopoglądów" i został zamieszczony na stronach "Kultury liberalnej". Jest koronnym dowodem na to, że ideologie wpływają coraz śmielej i natarczywiej na przeświadczenia katolickie.

https://kulturaliberalna.pl/2021/01/08/terlikowski-wigura-ateizm-chrzescijanstwo/?fbclid=IwAR3aSNBnF0LzJpzfT_apcrjfeSx0xM9ktNCHSDYlbXj8IGxa6P2ywWu8E_Y

O ile zapatrywanie publicysty sięgające do Edmunda Husserla, że "Europa straciła swój racjonalny wymiar. Zanikł element tradycji filozoficznej, który niezależnie od zmian i wypaczeń europejskiej myśli był jej wspólnym i najsilniejszym nurtem i przyszedł kryzys zaufania do rozumu, filozofii i do krytycznego myślenia" jest słuszne to wnioski pacyfistyczne i pesymistyczne z niego płynące są kasandryczne i niszczą chrześcijańską tkankę nadziei poddając ją patologizacjom ideologicznym pochodzącym z negacji Zbawienia i Chrystologii.

Nie będę szerzej udowadniał, dlaczego łatwiej jest podążać stadnie i czerpać z takiego przystosowania korzyść świętego spokoju. Nie jest to zadanie ambitne intelektualnie. Pozwolę sobie natomiast na wyjaśnienie, co dla demokracji liberalnej wydaje się nieprzekraczalną barierą w stanowieniu pokojowego współistnienia, które jest koronnym argumentem za jej utrzymaniem, ślepą  obroną i bezrozumną wiarą w ustrój polityczny, który zdemontował chrześcijaństwo z jego wymiarami prawdy, dobra wspólnego i osoby we wspólnocie. 

 

Kościół a liberalizm 

 

Wskutek - nie napotykającego żadnego oporu - emancypacyjnego pochodu - w którym ten sam wyzwoleńczy transparent wznoszą liberalni indywidualiści u boku poddanych subtelnej obróbce kolektywnych pomarksistów - ludzkość, wydawałoby się bezpowrotnie, zatraciła relacyjne kompetencje. Koncentracja na jednostkowej autonomii usunęła brutalnie więzi społeczne, bliskie, rodzinne i szersze, etniczne i narodowe.

Spór o to czy ideologia wolnościowa jest zgodna z nauczaniem Kościoła rozstrzygnął Jan Paweł II. Jeżeli jakaś odmiana liberalizmu stawia zysk ponad człowieka a jednostkę ponad wspólnotę i dobro wspólne (rodzinę), czyli zysk i interes jednostki są najwyższą wartością, to takiej teorii społecznej nie można uznać za współbrzmiącej z katolicyzmem. Krytyka marksizmu z pozycji chrześcijańskich była bardziej jednoznaczna. Dość powiedzieć, że osoba jest w magisterium katolickim zasadniczo odróżnialna od jednostki i kolektywu, własność klasy średniej jest w nim wartością osłanianą przed zakusami korporacji i państwa a praca niezmiennie ma profil osobowy.

Czy istnieje trzecia droga społeczna - alternatywa dla przeciwosobowej rzeczywistości?

Królestwo Boże – uczy Sobór Watykański II – będąc sprawą ludzkich serc wkracza w rzeczywistość ziemską i przemienia ją za sprawą bohaterów, z których każdy działa według własnego powołania. Świeccy stają się politykami, by swoją przestrzeń regulować kryteriami sprawiedliwości społecznej na podobieństwo tego Królestwa. Sobór nie kładzie na szali jakiejś wybitnej skuteczności, ale – jak mawiała Matka Teresa, gdy podważany był jej dorobek dedykowanej ubogim – kropla potrafi wzruszyć chemię całego środowiska, do którego wpłynęła. Nadzieja zmienia świat, dlatego kontr(alter)liberalne wysiłki Orbana czy Jarosława Kaczyńskiego, chrześcijańskiej demokracji na Łotwie i Litwie, Donalda Trumpa w obronie życia – możliwe, że nieporadne i niepełne – obracają schematy deterministyczne w absurd i odstając od mainstreamu prowokacyjnie przełamują chóralny głos mediów. 

 

Pluralizm w dyskursie habermasowskim 

 

Rozkruszanie resztek zastanych tożsamości jest też następstwem społecznego napięcia i zmęczenia wojną kulturową, przegrywaną przez konserwatystów zakotwiczonych w permanentnej defensywie i nierzadko opuszczonych przez Kościół, w miejsce którego - jako autorytet i gwarant stabilizacji - weszli wolnościowi neomarksiści z teorią dyskursu 90-letniego dziś Jürgena Habermasa, prominentnego koryfeusza szkoły frankfurckiej.

Celem dyskursu habermasowskiego na wyższym poziomie organizacji społecznej - do którego nawiązuje Terlikowski - jest wskazanie państwa integralnego, które swoją władzę opiera nie tylko na przymusie, ale także na konsensusie wypracowanym dzięki kulturowej hegemonii. Koncepcja "prawdy uzgodnionej" plastycznie zawładnęła wyobraźnią pokolenia 1968 roku a w aktualnej refleksji T. Terlikowskiego należy do pluralistycznego jądra: koegzystencji świadomych siebie, budzonych na poziomie instynktów mniejszości i sytuowanych duchowo (dla których odniesieniem jest na przykład religia albo patriotyzm, lub lojalność wobec przeszłości czy zobowiązanie względem afiliacji rodzinnych) większości społecznych. Habermas łaskawie dopuścił do niej ostatnio chrześcijaństwo – po długiej polemice z Josephem Ratzingerem. Szkopuł w tym, że dyskurs torujący drogę konkretnym rozwiązaniom politycznym ma warunek wstępny: "roszczenie ważności". W dyskursie biorą udział zaledwie ci, co rezygnują ze swoich przekonań a jest to rezygnacja z argumentów racjonalnych scedowanych obowiązkowo na intersubiektywność. Kto ma wpływ na kształtowanie opinii publicznej (hegemonia kulturowa), ten też decyduje, które idee będą tolerowane w przestrzeni uzgodnień społecznych. To jest tzw. konstruowany pluralizm, habermasowski. Brutalna prawda o nim przejawia się w przemocy kulturowej i medialnej oraz w koncentracji mediów. Debatę moderuje garstka ludzi, prywatnych właścicieli prasy i telewizji, gigantów technologicznych (bigtech) symulujących obiektywizm i bezstronność debaty. 

Koncepcja hegemonii kulturowej jest jednak znacznie starsza niż obecne dywagacje o politycznej poprawności czy anulowaniu kultury, o kulturze prohibicji czy o nowym autorytaryzmie. Została wypracowana przez włoskiego dziennikarza i teoretyka marksistowskiego Antonio Gramsciego - urodzonego 22 stycznia 1891 r. w małej wiosce w południowo-zachodniej Sardynii. Bez jego wytycznych można całkowicie błędnie zrozumieć wiele zjawisk naszych czasów.

- Ten, kto posiadł komunikację, ma władzę nad kulturą, jest zatem suwerenem - można by parafrazować Carla Schmitta. W końcu to, kto ma prawo interpretować rzeczywistość, w dużej mierze decyduje o tym, jak ludzie, zdarzenia, wypowiedzi i idee są oceniane i klasyfikowane przez społeczeństwo. - Przed udaną rewolucją ważne jest osiągnięcie kontroli nad narracją - wykładał Antonio Gramsci. Język jest do tego kluczem. Zadanie stworzenia "zbiorowego człowieka" za pomocą odpowiedniej polityki narracyjnej oraz osiągnięcie "jednego i tego samego klimatu kulturowego" powierzone zostało "intelektualistom".

- Głównym środkiem egzekucji sprawowanej przez ekspertów władzy jest społeczeństwo obywatelskie (società civile), właśnie dlatego, że jest ono w dużej mierze zorganizowane prywatnie i nie opiera się na przemocy, ale na "konsensusie" i "zgodzie" - podkreśla wybitny niemiecki myśliciel Alexander Grau. Rządząca ideologia musi wyrosnąć z jego - społeczeństwa "otwartego" -  instytucji. Nie byłby to już zbiór abstrakcyjnych idei, ale żywa praktyka, w której z komunikacji społecznej ruguje się dystynkcje dyskryminujące i nieegalitarne, żeby decydować arbitralnie samemu co jest nierównością, wolnością, więzią między ludźmi i je szeregować. Ustanawiać nowe (swoje), lepsze nierówności, więzi i ład.

 

Nieukończona wojna kultur

 

Jak troska o liberalny pluralizm obróciła się w wojnę kultur?

Jeśli za świat bliższy doskonałości uznamy chowanie prawdy, żeby nastał konsensus reglemantujący pokój społeczny a w ustach Terlikowskiego liberalne status quo - po zadanym ciosie i zburzeniu starego porządku - to ześlizgnięcie się w okopy dogmatyczne i walenie na oślep w każdego, kto proponuje choćby i konsensualne odkrywanie prawdy - będącej potencjalnym zagrożeniem wypracowanego modelu współżycia - jest usprawiedliwione a nawet postrzegane jako bohaterskie. 

"Demokracja liberalna jest w tej chwili istotnym elementem naszego status quo, które rozpada się na naszych oczach. Amerykańska demokracja, tak często stawiana za wzór, zmienia się na naszych oczach. Jak na razie nie mamy innego status quo, a to, które mamy, chroniło nas długo. Czy tak będzie również obecnie? Raczej nie w formie, jaką znamy, ale na razie nic innego, lepszego, bardziej otwartego na wolność człowieka i na różnorodność aksjologiczną świata nie znaleźliśmy."

Mówiąc wprost: Jeżeli "tym, co nas jeszcze podtrzymuje, jest prawo i tradycja demokracji liberalnej" to jakakolwiek alternatywa może być już jedynie zabójczą anarchią. Tomasz Terlikowski przeniósł ten schemat na grunt teologii. - "Przyjęcie apofatyzmu jest jedynym sposobem, aby rzeczywiście móc współistnieć" – warunkuje dziennikarz i ucieka się do koronnego - już w hermeneutyce liberalnej - szantażu: "W przeciwnym razie jesteśmy skazani na ustawienie się niby zwarte armie przeciwko sobie. Te armie zakładają, że tylko one posiadają prawdę – katolicką, komunistyczną, liberalną."

Podpowiedziana teologiczna wersja redefiniowania społecznej frazeologii utwierdza w wywołanym przez nią chaosie, który żywi i mobilizuje nieukończoną wojnę kultur wychodząc od "sterylizowania" języka. Wymysły katolickiego publicysty nie są może od razu tak potworne, ale wystarczy że ckliwie zdobią bezwzględną etykę habermasowską. W subtelnym protokole teologii apofatyzm (jeszcze jeden fideizm) - który przywołuje redaktor w konwersacji z socjolożką - znaczy złagodzenie i niedopowiedzenie albo niedorozumienie a mówiąc wprost stępienie definicji społecznych, jeśli teologię będziemy rozumieć politycznie. To jest znakomite pozadialogiczne i pozaprawdziwościowe uzupełnienie przewrotu kulturowego, który radykalnie zmienił treści terminologiczne. 

Takie postawienie sprawy tłumaczy zaciekłość, złośliwość i nietolerancję kierowane pod adresem prawdziwościowych konserwatystów. Nie dość, że igrają z prawdą jak z beczką prochu, na której realnie zasiada jednak Terlikowski z Michalskim, to żywią się sentymentem tożsamościowym. Tożsamości "naturalne" i ich polityczne roszczenia – w odczuciu Michalskiego i jego niegdysiejszego - poniewieranego symbolu wstecznictwa i oponenta, Tomasza Terlikowskiego – rozsadzają zaś w miarę poprawny szyk społeczno-polityczny. – "Pytanie, jak długo demokracje liberalne wytrzymają napór nowych populizmów [Scruton mówił o nich godnościowo: wykluczone przez mainstream reprezentacje], rozsadzającą siłę mediów społecznościowych." – martwi się jeszcze ten ostatni.

Szkoła frankfurcka, której idee wciąż pulsują - także w głowie dwojga interlokutorów z "Kultury liberalnej" - skonstruowała się na retoryce antywojennej i antyautorytarnej, ale sama wykreowała kolejne konflikty zamieniając - marksowskie - bazę i nadbudowę miejscami. Blitzkriegi starannie zaplanowane przez ideologów powaliły chrześcijańską kulturę i utorowały szlak do wyeliminowania klasy średniej, najbardziej przywiązanej do tradycji, więc nie możemy mówić o jakimkolwiek pokoju. Ta wojna wciąż trwa - nie z winy broniących się przed anihilowaniem konserwatystów. Dopóki istnieją, ich "mrzonki" będą budzić nadzieję i projekt antykulturowy nie powiedzie się. Muszą być unicestwieni. Do ich likwidacji chce przyłożyć się Terlikowski w imię źle pojętej zgody społecznej moderowanej w duchu pragmatycznego przymierza indywidualizmu z materializmem społecznym.

Czyż istnieje bardziej destrukcyjna hipokryzja niż utwardzanie anarchii pojęciowej i powoływanie się na pluralizm ponad kontynuowanymi (naturalnymi) tożsamościami grupowymi, które obwołuje się największymi wrogami ludzkości? Projekt totalitarny maskowany jest przyzywaniem pluralizmu, który funkcjonuje w nim na zasadzie pretekstu do wojny i listka figowego, niczym Światowe Rady Pokoju w ZSRR. Faktyczny układ sił w nowym społeczeństwie edytowany jest odgórnie przez awangardę rozpalającą nowe nierówności i nowe unifikacje, jako drastyczny środek relegacji różnych modalności ludzkich, z afektywnościami - konstruującymi więzi - matczyną, ojcowską, braterską, wszelkimi naturalnymi. Rację, więc, potwierdzaną doświadczeniem i rozumnością mają konserwatyści: jedyny realny pokój jest fundowany na odpowiedzialności znającej po imieniu poszczególne tożsamości, które muszą się porozumieć jako prawdziwe etosy a nie ich fikcyjne reprezentacje. 

Liberalizm i nowe nurty marksizmu ani nie cofają się z raz zajętego terytorium, ani - wchodząc w stan wiecznotrwałej czujności kontrrewolucyjnej - nie znają kompromisu. W innym wypadku musiałyby wypuścić zdobycz władania debatą i narzucania hipotetycznych reguł jej uczestnikom. Szeroko rozumiane apriori i narzędzia eksluzji tłamszą swobodę poszukiwania równowagi społecznej i niezależne, od narzucającego się głównego stylu, sposoby istnienia, zwłaszcza te odwołujące się do motywacji metafizycznej. Przez liberałów i marksistów postrzegane jako kontrrewolucja obiektywistyczna. 

W praktyce wojna kultur najlepiej chroni liberalne status quo, dlatego jest kultywowana i wchodzi w częstotliwości metaedukacyjne. Liberalny marksizm, ten patchworkowy potworek, wychowuje pokolenia hunwejbinów - na złudzeniach pokojowego współistnienia - rekrutowanych z każdego zakamarka i przekroju społecznego. Religia jest jednym z nich. 

Terlikowski narzeka na polaryzację światopoglądową podrzucając drew do ogniska społecznego. Chroniąc za wszelką cenę "stabilizujące" pomieszanie języków – bo tym jest apofatyzm jako suplement antykultury - źródło wszelkich konfliktów i nieporozumień, funduje się wszak złudzenie multikulturowego współżycia rozrywanego w działaniu przez kolejne "szariaty". 

 

Przemoc postontologiczna - pogłębienie wojny kulturowej 

 

Jeśli odrzeć wojnę kulturową z jej mistyfikacji, czyli usprawiedliwianej konieczności obrony czegoś "nadzwyczaj dobrego", to ukazuje się nam postontologia i jej przemoc. Celowość pluralizmu liberalnego w perspektywie postontologii redukuje się do schowania prawdy, by "na coś się umówić". To "coś" może być równie potworne jak pomysły Adolfa Hitlera, którego zabezpieczała umowa społeczna i prawo pozytywne. W ich z kolei horyzoncie każda próba obiektywizacji czegokolwiek przedstawiana będzie jako dyskryminowanie. Obrazowo - perspektywie fałszywej koncepcji wolności postponującej wszelką naukę o bycie - redaktor Terlikowski deklaruje: nie chcę żyć w świecie urządzonym przez Kaję Godek. Cóż powiedzieć? Kaja Godek nie ma innych ambicji poza respektem dla bytu dziecka z każdego etapu jego wzrastania. Boleć może sama ontologia.

Podwójne standardy są częścią ustroju budowanego na negacji obiektywności, który Raymond Aaron zrewidował jako skłonny do totalitaryzmu, w trosce o harmonię przeciwdziałający ontologii. Terlikowski w kontekście demokracji liberalnej kontrfaktycznie twierdzi, że to Godek wpisuje się w tendencję totalitarną działając dla dobra ontologii i praw dziecka. 

Czy ubrana w nobliwe szaty bliżej nieokreślonego humanizmu - wrogo ustosunkowana do metafizyki, pod pewnymi względami radykalizująca marksizm i indywidualizm (zmieszanie możliwe w dialektyce imperialistycznej) i bezwzględnie wynosząca jednostkę poza relację we wspólnocie - ideologia zdolna jest zastąpić inspirację chrześcijańską? Warto się nad tym zastanowić choćby w kontekście statusu ontycznego tych jednostek, o które liberalizm walczy, ale którym – za Johnem Stuartem Millem - nadaje godność wyłącznie w zakresie wysokiej świadomości. 

Pułapka ontyczna, w której znalazł się Terlikowski, polega na tym, że nie da się być wiarygodnym dla obu stron, to znaczy twierdzić wiarygodnie, że istnieje prawda metafizyczna o dziecku, które chce redaktor bronić a jednocześnie wchodzić w pluralistyczny kisiel, którego smak jest zmienny i pozaprawdziwościowy. Jak napomknąłem, ktoś już budował społeczeństwo poza prawdą i poza godnością słabszych jednostek. 

 

Owoce samonienawidzenia się 

 

Właśnie dlatego, że redaktor uważa to za wręcz niemożliwe, jego neoficka spowiedź przed Karoliną Wigurą jest wylewem pesymizmu i pogardy dla tych, którzy jakkolwiek kwestionują nową dogmatykę społeczno-polityczną. Przez - obrażanego epitetem "oszołoma" - Tomasza Terlikowskiego przebił się kompleks prowincjonalnego moralisty. Niemiecki eseista i filozof Alexander Grau dostrzega coś przyjemnego w fenomenie zbiorowego podniecenia taką moralnością.

Hipermoralizm stał się wiodącą ideologią, opiniotwórczym monopolem. Mobilizując uczucia, uwalnia także ciężar myślenia. Normy moralne utworzyły "basen dobrobytu, w którym tryska współczesna dusza ludzka". I ten szerzący się moralizm nie tylko przyczynia się do intelektualnego uproszczenia, ale także do "skrajnej ideologizacji" - uważa Grau. To tłumaczy, dlaczego Kaja Godek - zamienny obiekt samonienawiści T. Terlikowskiego - w konfesyjnym zapale została w kilku słowach potężnie zdeprecjonowana jako kobieta i projekcja dawnego zestawu światopoglądowego neofity. Nowa wiara każe inteligentowi wyszukiwać ofiary prometejskiego wstydu, zdyskredytowane już samym faktem, że czymś - z pluralistycznego katalogu poprawności - nie są (Gunther Anders, Obsolence de 1’homme, Ivrea, Paris 2002.) Trafnie ujęła ów fanatyczny przymus Chantal Delsol:

"Część naszych współczesnych nie lubi świata, w którym żyje. Chcą z niego odejść. Odrzucają środowisko kulturowe, w którym się narodzili i w którym wzrośli. Wstydzą się swoich rodziców, podejrzewając ich o sprzyjanie tym czy innym formom rasizmu, maczyzmu czy homofobii [w kolejce przeprosin red. Terlikowskiego czekają chrześcijańska inspiracja w polityce, komplementarność małżeńska, różnica płciowa...]. Nie mają ochoty bronić swojej historii i przekazywać jej następnym pokoleniom. Są to ludzie, którzy chcą porzucić swój świat (o czym świadczą wszystkie ich postawy, myśli i przekonania), ponieważ w jakimś sensie się go wstydzą, uważając, że jest zbyt mały w stosunku do ich oczekiwań, zbyt niedoskonały, zbyt śmieszny." 
 
 

Neofici w liberalnej matni

 

Zwrot w ideowym polu politycznym utorował w Polsce "hipsterów" Cezary Michalski – który z żarliwego epigona patriotyzmu przestawił się na sztywnego i bezkompromisowego liberała. Zależało mu - o ironio - na realizowanej przede wszystkim przez konserwatystów modernizacji kraju, potem już tylko na agendzie obyczajowej. - "W tej chwili moje stanowisko się zmieniło. Christianitas już nie wróci, nie ma takiej możliwości. Nie stworzymy już w Europie jedności światopoglądowej, to jest po prostu niemożliwe." – tłumaczył spóźniony o 20 lat Tomasz Terlikowski w "Kulturze liberalnej", jak kiedyś objaśniał swoje nawrócenie w dawnym "Dzienniku idei" Cezary Michalski.

Pogląd jednego i drugiego jest głęboko niechrześcijański - odwraca od źródeł europejskiej cywilizacji. Zrywa radykalnie z nadzieją i dotyczy państwa, jak Kościoła, ich struktur i wzajemnej relacji. Nie można tego poglądu separować od eklezjologii - społecznej struktury podstawowej kulturowo, historycznie i organizacyjnie - w którą zaczyna się w liberalno-marksowskim trybie powątpiewać.

Niebezpieczeństwem - które czyha na inteligenta nawróconego na liberalizm - bywa obsunięcie się w fanatyczną apologetykę. Jej agresywny i roszczeniowy ton prowokuje do przeprowadzania gwałtownych ataków na przeciwników liberalizmu i "eksperckiego" marksizmu. Gorliwość neoficka jest jedną z przyczyn zaostrzających totalność i przemoc, które adresowana są do obrońców metafizycznego ładu. Tożsamo wyraża się determinizm historyczny Marksa i Engelsa - ich rozumienie konieczności dziejowej wymuszającej na katolicyzmie decentralizację i rozpad na państwie dopełnione rezygnacją z ochrony wszystkich obywateli i narodu na rzecz selektywnego obchodzenia się z prawami człowieka.

Odsłona liberalna chrześcijańskiej duszy redaktora Terlikowskiego (z emblematem katolicki, przeciw któremu jak dotąd nie protestuje, bo prócz chwiejącej się dziś tożsamości daje mu rozpoznawalność i zaproszenia do studiów telewizyjnych) jest zwiastunem bezradności. Kruszeją najmocniejsi, bo łatwiej jest się dostosować do elitarnej większości. Konformizm to ukryty sens liberalno - marksowskiego neofityzmu.

 

Utopia 

 

Najbardziej radykalny skutek nienawiści do wrodzonej tożsamości występuje na płaszczyźnie teologicznej. Ojciec Jacek Salij OP przypomina intuicję C.S. Lewisa, rozpisaną w piątym rozdziale jego eseju "Rozwód ostateczny", że uprawianie teologii będzie jednym z najbardziej interesujących zajęć w wiekuistym mieście bez Boga, czyli w piekle. Bohaterem tego rozdziału jest teolog, który swojego czasu wsławił się odrzuceniem prawdy o Zmartwychwstaniu. Poczytywał to sobie za cząstkę swojej służby prawdzie, a również za akt odwagi i wolności myślenia.

Podobne piekło na ziemi kreuje każdy projekt polityczny znoszący fundament obiektywnie aksjologiczny, najbardziej etycznie dojrzały i rozbudowany, chrześcijański. Jakkolwiek ta prawda nie powinna być wnoszona w organizację społeczną na bagnetach, może być - przy oporze mniejszości - wzniesiona w trybie demokratycznym, głosowaniem i wolą większości. 

Każde społeczeństwo ma swoje autorytety, za którymi podąża i które wskazują mu ramy progresji. Inaczej mówiąc każde społeczeństwo zasługuje na swój los. Dla jednych takim autorytetem jest Habermas i Isiach Berlin, dla polskiej większości Jan Paweł II. Kłamstwem jest tylko twierdzenie, że nie ma alternatywy albo że liberalizm i neomarksizm są neutralnym gospodarzem debaty publicznej i nie proponują własnej utylitarnej aksjologii a to mniej więcej głosi Tomasz Terlikowski zaprzeczając możliwości wyboru Wojtyły i stojącego za nim projektu społecznego. - Taki teolog to zwodziciel, którego działanie rzeczywiście może mieć udział w zapełnianiu piekła duszami - przestrzega dominikanin. 

Utopia relatywnie najlepszego ustroju - która uwiodła Tomasza Terlikowskiego i garstkę katolickich duchownych z księdzem prymasem - substancjalizuje się w pluralistycznej koegzystencji różnych grup i światopoglądów, którym państwo organizuje wolność działania. Przy czym utopia nie jest tu jakimś następstwem praktyki politycznej, ale osiowym i wyjściowym konstruktem teorii społecznej. Żeby zaistniało społeczeństwo pluralistyczne w wymyślonej przez liberałów demokratycznej postaci gumkuje się przeszłość i prawdę, dwie składowe jakiegokolwiek ładu. Warunkiem pluralizmu liberalnego jest anarchia fundowana w prawie i konstruktywistycznych politykach społecznych, głównie tożsamościowych, kreujących antagonistyczne mniejszości. 

Trudniej starać się o dobro wspólne, a tym bardziej je realizować i planować, jeżeli nie ma w nas pokory odkrywcy. Żadna a tym bardziej liberalna utopia nie będzie odkrywcza będąc arogancką i rewolucyjną, buntowniczą i niesprawiedliwą odmianą wizji społecznej. Jest próbą przekłamania rzeczywistości zakładanie, że bunt i dekonstrukcję można przełożyć na pokojowe współżycie. Zakładanie pokojowej wizji bez uwzględnienia, że jedna z grup społecznych może mieć rację i może brać odpowiedzialność za słabszych w całokształcie społecznym, inne nadają się do tego mniej, zaprzecza na przykład doświadczeniu istnienia i rozwoju chrześcijaństwa w krajach, gdzie jest ono mniejszością, ale jest też manifestem bezgranicznego poddaństwa wobec świata antychrześcijańskiego i bez wartości, którego nie wolno nawet tknąć i pomyśleć po imieniu. 

Analiza "konwertyczna", dotąd katolickiego publicysty, faktycznie spycha na powrót na front wojenny, na którym stajemy się zażartymi obrońcami przemijającej postaci ustrojowej, gdyż stelaż liberalny jest groteskowy, ateoretyczny i coraz mniej ma wspólnego z wolnością i demokracją. 

Nie musimy nic wymyślać. Wystarczy powrócić do bezprzymiotnikowej demokracji i restytuować klasyczny porządek pojęć, żebyśmy od wczesnych lat edukacji wiedzieli, o czym mówimy i co respektujemy. 

Jak mylny i niekonsekwentny jest ogląd - zastanego głównie konserwatywnego - świata kształtowany przez liberałów pokazuje sama rozmówczyni Terlikowskiego, Karolina Wigura. Jej wypowiedzi o bieżącej polityce np. amerykańskiej są zaprzeczeniem postulowanej liberalnej inkluzji. 

 

Komentarze (0)


Kosciol.pl
http://www.kosciol.pl/article.php/20210129032254968